16 października obchodzimy Światowy Dzień Anestezjologii – święto ludzi, bez których żadna operacja nie mogłaby się odbyć, choć najczęściej pozostają w cieniu. W Narodowym Instytucie Onkologii w Warszawie zespół anestezjologów – specjalistów i lekarzy w trakcie specjalizacji oraz pielęgniarek anestezjologicznych, którym kieruje dr n. med. Małgorzata Symonides - liczy dziś ponad 150 osób. Co roku uczestniczą oni w kilkunastu tysiącach operacji, w tym blisko 800 zabiegach nagłych.
O tym, jak naprawdę wygląda ich praca, o nietypowych procedurach, emocjach i codzienności – rzecznik prasowa NIO Monika Dzienyńska – Dyk rozmawia z lek. Martą Napiórkowską, anestezjolożką z Oddziału Klinicznego Anestezjologii i Intensywnej Terapii Narodowego Instytutu Onkologii.
Monika Dzienyńska-Dyk: W powszechnym wyobrażeniu anestezjolog to lekarz, który „usypia pacjenta”, ale tak nie jest, prawda?
Marta Napiórkowska: Tak, rzeczywiście większość osób myśli, że nasza rola kończy się na tym, że pacjent śpi i „reszta dzieje się sama”. Tymczasem to tak nie wygląda. My cały czas kontrolujemy stan chorego – jego parametry krążeniowe, oddechowe, wypełnienie naczyń, pracę serca. Na bieżąco reagujemy na wszystko, co dzieje się na sali. Utrzymanie pacjenta w bezpiecznym stanie przez całą operację to bardzo dynamiczny proces. Ponadto w Polsce anestezjologia i intensywna terapia to jedna specjalizacja, więc nasza praca dzieli się między sala operacyjną a oddziałem intensywnej terapii – a i to duże uproszczenie ponieważ nasi koledzy zajmują się także implantacją portów naczyniowych, kwalifikacją do prehabilitacji czy leczeniem bólu.
MDD: Jacy pacjenci trafiają do Waszego zespołu?
MN: Najczęściej to chorzy z zaawansowanymi nowotworami, często po wielu wcześniejszych leczeniach. Zdarzają się przypadki, w których pacjent trafia do nas, bo w innych ośrodkach nie było już możliwości operacji. To są bardzo trudne sytuacje kliniczne. Zdarzają się też pacjenci, którzy przebywają na intensywnej terapii długo – czasem tygodniami. To już nie tylko medycyna, ale i kontakt z człowiekiem, który walczy, i z rodziną, która czeka.
MDD: Jak wygląda codzienność anestezjologa w onkologii?
MN: To praca bardzo szybka. Na bloku operacyjnym wszystko dzieje się dynamicznie. Efekty naszych decyzji widać od razu – podany lek działa w kilka sekund. Dlatego trzeba być bardzo skoncentrowanym.
Nie ma tu miejsca na pośpiech, ale nie ma też czasu na zwłokę. To taka specyfika – między spokojem a natychmiastową reakcją.
MDD: Skupmy się na początek na tym co na sali operacyjnej. Co wyróżnia waszą pracę w ośrodku onkologicznym o najwyższej referencyjności jakim jest NIO?
MN: Przede wszystkim znieczulenia do operacji z jednoczesnym podaniem chemioterapii, czyli tzw. HIPEC – chemioterapii śródoperacyjnej w hipertermii. Stosujemy ją m.in. w leczeniu raka jajnika czy śluzaka otrzewnej, czyli w sytuacjach, gdy tradycyjna chemioterapia nie dociera do zmian w jamie brzusznej.
Podanie cytostatyku w podwyższonej temperaturze, bezpośrednio w jamę otrzewnej, daje bardzo dobre wyniki, ale dla anestezjologa to duże wyzwanie. Pacjent jest narażony na działanie wysokiej temperatury, ma przesunięcia płynowe, spadki i wzrosty ciśnienia, zmienia się objętość w jamie brzusznej. Musimy chorego bardzo dokładnie monitorować hemodynamicznie i reagować w czasie rzeczywistym na każdą najmniejszą nawet zmianę. Tego rodzaju znieczulenia prowadzimy w Instytucie od ponad dziesięciu lat. Uczyliśmy się ich sami, opracowując własne procedury i standardy postępowania. Byliśmy jednym z pierwszych ośrodków w Polsce, który wykonywał tę zaawansowaną procedurę.
MDD: Chemię podaje się jednak nie tylko w warunkach sali operacyjnej, ale i intensywnej terapii.
MN: Tak, to rzeczywiście coś bardzo nietypowego. W naszym oddziale intensywnej terapii zdarzały się sytuacje, w których pacjent w stanie bardzo ciężkim, z niewydolnością wielu narządów, otrzymywał tzw. chemioterapię ratunkową. Dotyczyło to głównie nowotworów szybko reagujących na leczenie, np. raka jądra czy chłoniaków. Normalnie taki pacjent nie kwalifikowałby się do chemii, bo ryzyko byłoby zbyt duże. Jednak pod nadzorem intensywnej terapii w NIO były przypadki, w których decyzja o podaniu cytostatyku przyniosła poprawę – guzy się zmniejszały, chory wracał na oddział i mógł kontynuować terapię. To pokazuje, jak bardzo ta praca wymaga współpracy – między nami, onkologami, hematologami.
MDD: Anestezjolodzy w Instytucie zajmują się nie tylko blokiem operacyjnym i intensywną terapią.
MN: Tak, anestezjolodzy pracująteż w poradni leczenia bólu i w medycynie paliatywnej. Pacjenci onkologiczni często cierpią z powodu bólu przewlekłego, który utrudnia im normalne funkcjonowanie. W poradni pomagamy dobrać odpowiednie leczenie, ustalić dawkowanie leków, czasem hospitalizujemy chorych na kilka dni, żeby znaleźć skuteczną terapię. Na bloku operacyjnym zajmujemy się bólem ostrym, okołooperacyjnym, a w poradni – tym przewlekłym. To także anestezjologia.
MDD: Ważna jest także współpraca lekarza i pielęgniarki anestezjologicznej. Jak wygląda w praktyce?
MN: Na sali operacyjnej zawsze pracujemy w duecie – jeden lekarz i jedna pielęgniarka anestezjologiczna. To praca, w której naprawdę trzeba sobie ufać. Znamy się na tyle dobrze, że często wystarczy spojrzenie.
To nie jest specjalizacja dla indywidualistów – tu wszystko opiera się na współpracy.
MDD: A co jest w tej pracy najtrudniejsze?
MN: Chyba to, że często widzimy pacjentów w bardzo trudnych momentach ich choroby. W intensywnej terapii bywa, że mimo całego wysiłku nie udaje się odwrócić biegu zdarzeń. Trudno jest wtedy „odpuścić”.
Z drugiej strony są też te historie, które zostają w pamięci – kiedy pacjent, którego nikt nie chciał już operować, wraca do zdrowia. To daje ogromną satysfakcję.
MDD: Po tylu latach w zawodzie – nadal lubi Pani anestezjologię?
MN: Tak. To specjalizacja, która bardzo mi odpowiada. Jest szybka, wymaga wiedzy z wielu dziedzin – interny, kardiologii, farmakologii, choć oczywiście nie jesteśmy wszechwiedzący i nasza praca wymaga bliskiego działania z kolegami o innych specjalizacjach. To co w niej lubię to to, że daje natychmiastowy efekt działania. Nie zamieniłabym jej na żadną inną.
Światowy Dzień Anestezjologii obchodzony jest 16 października – w rocznicę pierwszego udanego, publicznego zastosowania znieczulenia ogólnego. Tego dnia w 1846 roku w Massachusetts General Hospital w Bostonie dentysta William Thomas Morton po raz pierwszy użył eteru etylowego, umożliwiając chirurgowi Johnowi Collinsowi Warrenowi przeprowadzenie operacji bez bólu. Wydarzenie to, znane jako „Ether Day”, uznaje się za początek nowoczesnej anestezjologii i moment, który na zawsze zmienił oblicze medycyny.