Strona główna Światowy Dzień Raka Płuca Wspomnienie Prof. Eugeniusza Butruka.
Wspomnienie Prof. Eugeniusza Butruka.

Wspomnienie Prof. Eugeniusza Butruka.  „To była świetna szkoła życia i medycyny”


O prof. Eugeniuszu Butruku – pionierze polskiej gastroenterologii, endoskopii, twórcy Kliniki Gastroenterologii Onkologicznej NIO-PIB i CMKP, inicjatorze Programu Badań Przesiewowych raka jelita grubego, wymagającym szefie i wybitnym nauczycielu kolejnych pokoleń lekarzy – z prof. Jarosławem Regułą rozmawia Monika Dzienyńska-Dyk.

Monika Dzienyńska-Dyk: Panie Profesorze, jakie miejsce prof. Eugeniusz Butruk zajmuje w historii polskiej gastroenterologii?

Prof. Jarosław Reguła: Był jedną z osób, które tworzyły w Polsce nowoczesną gastroenterologię i endoskopię. W 1973 roku wspólnie z prof. Bartnikiem wykonał pierwszą kolonoskopię w naszym kraju. Nauczyli się tej metody w St Mark’s Hospital w Londynie i niemal od razu przenieśli ją do Polski. Trzeba pamiętać, że ówczesne badania wyglądały zupełnie inaczej niż dzisiaj. Kolonoskopia mogła trwać dwie albo trzy godziny, a aparaty miały bardzo ograniczone pole widzenia. Mimo to Profesor od początku rozumiał, jak duże znaczenie będzie miała ta metoda.

Później stał się inicjatorem polskiego Programu Badań Przesiewowych raka jelita grubego. Program uruchomiony w 2000 roku był pierwszym na świecie ogólnokrajowym programem, w którym kolonoskopia została wykorzystana jako podstawowe badanie przesiewowe. Jego powstanie wymagało nie tylko wiedzy medycznej, ale także ogromnej determinacji. Profesor potrafił przekonać do tej idei Ministerstwo Zdrowia i doprowadzić do jej realizacji. Bez osoby, która była gotowa konsekwentnie zabiegać o ten projekt, z pewnością  nie udałoby się go wtedy uruchomić.

M.D.-D.: Prof. Butruk był także twórcą Kliniki, z której wywodzi się dzisiejsza Klinika Gastroenterologii Onkologicznej NIO-PIB.

J.R.: Przez blisko 28 lat, od 1980 do 2007 roku, kierował Kliniką Gastroenterologii Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego. Początkowo Klinika mieściła się w Szpitalu Sióstr Elżbietanek przy ulicy Goszczyńskiego. W 1994 roku, na podstawie porozumienia CMKP z ówczesnym Centrum Onkologii, dziś Narodowym Instytutem Onkologii została przeniesiona do nowego budynku Instytutu przy ulicy Roentgena.

Ważną rolę w stworzeniu tego modelu współpracy odegrali prof. Butruk oraz prof. Andrzej Kułakowski, ówczesny dyrektor Instytutu. Dzięki temu działalność dydaktyczna i naukowa CMKP została połączona z możliwościami klinicznymi Centrum Onkologii. Na tej podstawie rozwinęła się Klinika Gastroenterologii Onkologicznej, która działa tu do dziś.

M.D.-D.: Jakim był szefem?

J.R.: Wymagającym i dosyć surowym. Trzeba to powiedzieć jasno. Był człowiekiem zasad i bardzo konsekwentnie ich przestrzegał. Nie wynikało to jednak ze złyego humoru czy potrzeby okazywania władzy. Dla niego zasady były ważne i sam również się do nich stosował.

Przychodził do pracy bardzo wcześnie. Czasami przed porannym raportem zdążył już przejść po oddziale i dowiedzieć się, co dzieje się z pacjentami. Kiedy później słuchał raportu lekarza dyżurnego, zdarzało się, że wiedział o nowo przyjętych chorych więcej niż osoba przedstawiająca ich stan. Młodzi lekarze szybko się zorientowali, że muszą naprawdę dobrze zbadać pacjenta, przeczytać dokumentację i dobrze przygotować się do prezentacji raportu z dyżuru. To mobilizowało cały zespół.

Profesor dążył do perfekcji. Uważał, że Klinika ma być najlepsza, i jej pracownicy mają być najlepsi. Nie było dwóch zdań. Jednocześnie był bardzo wrażliwy. Jeżeli ktoś chorował, znalazł się w trudnej sytuacji albo potrzebował pomocy, reagował natychmiast. Był surowy w sprawach zawodowych, ale nie był obojętny dla ludzi.

M.D.-D.: Jaką rolę odegrał w Pana życiu?

J.R.: Całe moje zawodowe życie było związane z kierowaną przez Niego  Kliniką. Od samego początku była to świetna szkoła życia i medycyny. Profesor uczył przede wszystkim odpowiedzialności za pacjenta i rzetelnego przygotowania. Nie wystarczało powiedzieć, że coś się wie. Trzeba było to udowodnić swoją pracą.

Był również człowiekiem, który otwierał młodszym lekarzom drzwi do świata. Po upadku muru berlińskiego widać było różnice pomiędzy medycyną Europy Wschodniej i Zachodniej. Profesor zaangażował się w organizację spotkań East-West Gastroenterology Bridging Meetings, których celem było budowanie mostów między tymi środowiskami. Na konferencje zapraszano profesorów wraz z młodymi lekarzami. To właśnie młodzi mieli prezentować swoje prace, zdobywać doświadczenie i nawiązywać kontakty.

Profesor wprowadzał swoich współpracowników do europejskich towarzystw naukowych, rekomendował ich i pomagał im zdobywać pozycję międzynarodową. Torował drogę między innymi mnie, Marcinowi Polkowskiemu czy Lucjanowi Wyrwiczowi. Rozumiał, że rolą szefa jest nie tylko kierowanie zespołem, lecz także przygotowanie następców.

M.D.-D.: W jaki sposób przekazał Panu kierowanie Kliniką?

J.R.: Zrobił to w sposób niezwykle charakterystyczny dla siebie. Kiedy w 2007 roku skończył 70 lat i odchodził na emeryturę, poprzedniego dnia zabrał z gabinetu wszystkie swoje rzeczy. Zostawił całkowicie puste pomieszczenie i później właściwie nie przychodził już do Kliniki. Powiedział, że jest nowy kierownik i że nie będzie się do niego wtrącał. Uznał, że jego czas się zakończył, a następca powinien samodzielnie podejmować decyzje.

Przyznam, że wolałbym wtedy, żeby czasem przyszedł i pomógł, ale on naprawdę rozumiał przekazanie odpowiedzialności jako całkowite oddanie jej drugiej osobie. To także była  cenna lekcja. Nauczył mnie zaufania do młodych lekarzy. 

M.D.-D.: Czy mimo formalnego dystansu łączyła Panów przyjaźń?

J.R.: Myślę, że byliśmy zaprzyjaźnieni, ale zawsze z pewnym dystansem. Przez całe życie zwracałem się do niego „Panie Profesorze”. On również wolał mówić „panie doktorze”, „panie docencie” albo „kolego”, niż przechodzić na bezpośrednią formę. Taki był jego styl – związany z dawną szkołą akademicką, w której formalność nie wykluczała bliskości, szacunku ani wzajemnego zaufania.

M.D.-D.: A jaki był poza Kliniką?

J.R.: Kochał Mazury. Miał tam dom nad jeziorem i z pasją pływał na desce windsurfingowej. To był jego ulubiony sport. Świetnie grał również w brydża.

Bardzo kochał swojego psa Lexusa. Cała Klinika znała historię Lexusa, a jednym z ulubionych zdjęć Profesora była właśnie fotografia z psem. Ten obraz dobrze uzupełnia pamięć o wymagającym kierowniku. Za formalnością i surowością był człowiek bardzo przywiązany do swoich bliskich, do Mazur i do spraw, które uważał za ważne.

M.D.-D.: Co pozostaje dziś najważniejszą częścią jego dziedzictwa?

J.R.: Oczywiście pierwsza kolonoskopia, Program Badań Przesiewowych, Klinika, działalność naukowa i międzynarodowa. Jednak najważniejsi są chyba ludzie, których wychował. Profesor stworzył zespół, promował swoich współpracowników i przygotowywał ich do samodzielności.

Jego dorobek trwa w pracy kolejnych pokoleń lekarzy, w standardach, których przestrzegamy, i w przekonaniu, że nie można zadowalać się przeciętnością. Dla mnie osobiście pozostanie najważniejszym Człowiekiem w całym zawodowym życiu – inspirującym Nauczycielem, wymagającym i sprawiedliwym Szefem a przy tym oddanym Przyjacielem.

 

Szukaj artykułów, wpisów, stron…

Brak wyników wyszukiwania